Krytycznie o Polonii australijskiej (2)


austral

Krytycznie o Polonii australijskiej (1)

Niestety, wszystkie takie teksty spływały z większości „Polaków” jak woda z kaczek.

Dlatego tym bardziej należy się podziękowanie tym wszystkim, którzy pracowali społecznie – robili jak umieli coś dla polskości. To co mamy, to co osiągnęliśmy i zrobiliśmy dobrego to głównie ich zasługa. Ja osobiście tę ich pracę doceniam.

Jednak obok wspaniałych społeczników – włącznie z niektórymi prezesami (np. inż. Kazimierz Nowicki w Melbourne, Piotr Połacik w Hobart czy Feliks Dangel w Maitland) – mieliśmy i mamy ludzi w organizacjach, którzy nie tyle chcą służyć sprawie polskiej i polskiej społeczności co sobie samym, którzy dążą jedynie do zaspokojenia swoich chorych ambicji wodzowskich i myślą o tym jak otrzymać najwyższe odznaczenia polskie i australijskie (większość odznaczonych Polaków wcale na te odznaczenia sobie nie zasłużyła!; te odznaczenia to jeden wielki skandal!; zwykli polscy śmiertelnicy widząc obwieszonych medalami działaczy mówili, że pod ich ciężarem szybciej spadną do piekła). Wspomniany wyżej Jerzy Malcharek tak to ujął w artykule pt. „Krytyczna ocena dorobku 25 lat” („Tygodnik Polski” 16.2.1974):

„ …Niestety, gdy „obrośliśmy w piórka”, rozpoczęły się swary. Jak gdyby bakcyl niezgody opanował rzesze Polaków. Mimo upływu wielu lat, nasza „góra” nie uzgodniła poglądów i nie stworzyliśmy jednej reprezentacji. Rozpoczęły się spory ambicjalne, zapanowała „tytułomania”. Odznaczenia (rządu londyńskiego – m.k.) padały jak manna na pustyni. Nastał okres przypominający opowiadanie Nowakowskiego z Ikaca o konduktorowej wąskotorowej i szerokotorowej. Rozpoczęły się waśnie polityczne… Spory i „wykańczania” odbywają się w imię walki o „wolność”. Wielkokrotnie są używane te same metody walki, które są używane przez naszego wroga – komunizm. Wolność słowa stała się  rzeczą problematyczną. Słowo „chrześcijańska pokora” znikło ze słownika. Pokochaliśmy puste slogany…”.

I tak jest po dziś dzień. Jedyne polskie pismo społeczne – „Tygodnik Polski” stał się tubą propagandową Rady Naczelnej Polonii Australijskiej – od niedawna Rady Naczelnej Polonii Australijskiej i Nowozelandzkiej. I tylko stąd dzisiaj prawie zupełnie nie ma w nim żadnej krytyki pod adresem tej najważniejszej polskiej organizacji w Australii (wyjątek list Marka Baterowicza zamieszczony 25.5.2005; ale to napisał Baterowicz, więc tę krytyczną uwagę wydrukowano, chociaż w numerze z 8.6.2005 dano mu zaraz po łapach). Kiedy w latach 80. byłem dziennikarzem polskiego programu radia 2EA w Sydney opracowałem cykl pogadanek o Radzie Naczelnej. Nie podobały się one Prezydium Rady, które domagało się w dyrekcji radia zaprzestania ich nadawania (korespondencja w tej sprawie w moim archiwum)!

Rada Naczelna Polskich Organizacji w Australii, która zawsze skupiała i skupia większość organizacji polskich w Australii, powstała w 1950 roku. Jej pierwszym prezesem był ambasador Alfred Poniński, a po nim przez kilkanaście lat, aż do 1970 roku, gen. Juliusz Kleeberg. Taka naczelna organizacja polska w Australii była i jest potrzebna. Jednak aby mogła działać skutecznie i należycie reprezentować Polaków w Australii potrzebne są na to pieniądze. I to duże pieniądze. Tymczasem faktyczny budżet Rady Naczelnej (bez dotacji rządowych na określone cele), na który składają się głównie wpływy ze składek członkowskich) wynosił i wynosi zaledwie kilka tysięcy dolarów czy trochę więcej. To bardziej niż śmieszna suma! Wiele organizacji członkowskich Rady ma budżet kilka, kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt razy większy. Pamiętam jak na jednym ze zjazdów RN jej skarbnik, śp. Roman Winiarski „na kolanach” błagał delegatów, aby podnieść składkę o marne 50 centów. Wielu delegatów robiło wszystko, aby tej podwyżki nie zatwierdzić, nie rozumiejąc, że bez pieniędzy Rada Naczelna to wielki pic. I takim picem ona była i jest!

Nie mogąc robić dobrej roboty z braku funduszów na to, prezydium Rady Naczelnej zajęło się głównie działalnością polityczną. Stało na straży niepodległościowego charakteru Polonii australijskiej. Za niektórych prezesów przyjmowało to nawet formę „polowania na czarownice”. I gdyby miano to prawo to niejeden Polus został by wówczas spalony na stosie! Bez przesady. Czepiano się nawet mnie – „zawodowego” antykomunistę (ale nie fanatyka!), zarzucając mi że jestem kryptokomunistą. Jednak nie byli i nigdy nie będą w stanie udowodnić mi tego, chociaż PRL upadł i mogą mieć wgląd do archiwów. Grożono mi nawet sądem, aby mnie zastraszyć. Raz skierowano nawet do sądu sprawę o rzekome zniesławienie… i na tym się skończyło, gdyż moja obrona stwierdziła, że nie mieli podstaw prawnych do oskarżenia mnie. Moje archiwum w tej sprawie jest jednym wielkim oskarżeniem Rady Naczelnej. Nie ja jeden byłem i jestem jej ofiarą. Wspomniany wyżej Roman Tarasin był jednym z nich i został przez naszych wodzów doprowadzony do targnięcia się na swoje życie.

Rada Naczelna nie mogąc się specjalnie czym chwalić podszywała się – i to bardzo brutalnie pod czyjeś osiągnięcia i zasługi, tak jak np. chciała przypisać sobie moje zakończone sukcesem starania wydania przez Australia Post znaczka pocztowego z Pawłem Edmundem Strzeleckim (zob. „Poczta Australijska: znaczek ze Strzeleckim” Wirtualna Polonia 21.2.2005).

Co mnie naprawdę irytowało i irytuje to to, że ci ludzie uważają się za chrześcijan i że utrzymują, że działają zgodnie z zasadami etyki chrześcijańskiej, na co wspomniany wyżej Jerzy Malcharek w tymże samym artykule napisał: „Zasady tej etyki poznałem w młodych mych latach. Odmiany jej stosowane obecnie dziwią mnie” („T.P.”  16.2.1974).

Nie żywię żadnego jednak żalu do Rady Naczelnej gdyż tak naprawdę jako wielkie zero nie była w stanie mi zaszkodzić, a poza tym mam świadomość potrzeby jej istnienia i wiem również co zrobiła dobrego. Rada Naczelna jako taka i jej sprawy w ogóle mnie nie interesują, gdyż pojąłem, że to walka z wiatrakami, że samemu głową muru nie przebiję.  Chyba, że sprawę wyciągnie się na podwórko australijskie, że pójdzie do australijskiego sądu. Jednak ta decyzja jest w rękach Rady Naczelnej czy innych naszych bonzów. Jeśli chcą prać polską brudną bieliznę w sądach i prasie australijskiej – to proszę bardzo! Dlatego, że to ZERO mimo szczerych chęci tak naprawdę mnie nie skrzywdziło, pisząc o tych sprawach teraz nie kieruję się emocjami i złością czy chęcią „przyłożenia Radzie”. Piszę to jedynie w imię PRAWDY i sprowokowany przez jej członka, który napisał niedawno w prasie internetowej, że społeczeństwo polskie w Australii stoi murem za obecnym prezesem Rady Naczelnej, Januszem Rygielskim, a mnie ma „w dupie” (dosłownie).

Dlatego chcę dociec tego kto kogo ma „w dupie”: czy społeczeństwo Kałuskiego, czy raczej Radę Naczelną.

Ambasador RP Alfred Poniński i generał WP Juliuszu Kleebergu cieszyli się dużym autorytetem. Niestety, po nich przyszły płotki bez cienia charyzmy. Niektórzy może i byli dobrymi ludźmi i prawdziwymi społecznikami (np. płk Andrzej Racięski). Jednak bez pieniędzy nie mogli nic zrobić. Najgorszym był chyba inż. Eugeniusz Hardy. Fanatyczny antykomunista, a poza tym osoba, która na to stanowisko w ogóle się nie nadawała. Żonaty bodajże ze Szkotką, ani jej ani swoich dzieci nie nauczył chociażby trochę po polsku. Ze śmiechem przyjmowano jego apele do młodzieży, aby uczyła się języka polskiego. Natomiast inż. Krzysztof Łańcucki o mało nie został dożywotnim prezesem Rady Naczelnej. Był nim aż przez 18 lat i byłby dłużej gdyby nie ataki „Tygodnika Polskiego”, a szczególnie artykuł jego redakatora Michała Filka (było to uderzenie „poniżej pasa”, artykuł nie zostawił suchej nitki na inż. Łańcuckim, co samo w sobie było bardzo nieetyczne, gdyż był działaczem polonijnym przez kilkadziesiąt lat i przypuszczam, że miał tam jakieś zasługi), które uniemożliwiły mu ponowne kandydowanie na prezesa. Lektura „Tygodnika Polskiego” z tego okresu jest szokująca i demaskuje mechanizmy działania tej na pewno niedemokratycznej organizacji. Na pozór wszystko jest zgodne z prawem, jeśli się nie weźmie pod uwagę zakulisowej działalności wielu działaczy wybierających prezesa RN. Jestem ciekawy do jakiego wniosku doszłaby komisja australijska powołana do zbadania działalności RN i mechanizmów jej działania, a głównie wyboru właśnie prezesa.

Mechanizmy te muszą być bardzo podejrzane skoro po śmierci prezesa RN gen. Juliusza Kleeberga w 1970 roku, redaktor sydneyskich „Wiadomości Polskich”, Jan Dunin-Karwicki dokonał zamachu stanu i sam się ogłosił spadkobiercą Kleeberga. Co musiało dziwić i niepokoić to to, że miał poparcie w tym niecnym i niedemokratycznym pociągnięciu wielu działaczy polonijnych, co wskazywało by na istnienie jakiejś „sitwy” działaczy polonijnych czyli swoistej polonijnej „mafii” (nie w pełnym tego słowa znaczeniu). Jakże wymowne jest również zdanie Wojciecha Gorskiego w „Tygodniku Polskim” z 30 listopada 2996 roku: „Kwestionuję… przyznawanie darmowych głosów jakimkolwiek grupom. Uważam bowiem, że grupa, która nie jest w stanie opłacić składki w wysokości $75 w celu otrzymania jednego mandatu  (w Radzie Naczelnej – m.k.), jest prawdopodobnie bardziej fikcyjna niż rzeczywista. Takie właśnie głosy stają się pokusą do późniejszych manipulacji (przy wyborze na prezesa – m.k.)…”. I były i może są nadal!!! A to nie byłoby tolerowane przez prawo australijskie!

Po inż. Łańcuckim prezesem Rady Naczelnej został Ryszard Majchrzak z Kanberry. Młody, energiczny człowiek, wziął się od razu za obronę dobrego imienia Polski i Polaków szkalowanych bardzo często w mediach australijskich. Doprowadził do pierwszego zwycięstwa polskiego w Australian Press Council (Australijska Rada Prasowa), wygrywając sprawę z dziennikiem „The Australian”, który po raz kolejny zniesławił Polskę i Polaków pisząc o „polskich obozach koncentracyjnych”. Wyleciał z prezesury po pierwszej kadencji, tak samo jak stający w obronie honoru Polaków najpierw jako prezes Federacji Polskich Organizacji w Wiktorii, a następnie Stowarzyszenia im. T. Kościuszki, które jest wydawcą społecznego w teorii „Tygodnika Polskiego” inż. Andrzej Goździcki. Nowy prezes RN, Janusz Rygielski ignorował obronę dobrego imienia Polski i Polaków, mówiąc mi, że jego nie interesują stosunki polsko-żydowskie, co było po linii ambasady i konsulatu RP w Australii.

Dla mnie nie ulega wątpliwości, że ktoś bardzo wpływowy (władze australijskie, polskie, ambasada czy Konsulat RP, jakieś środowiska zydowskie?) stał za usunięciem w cień obu tych prezesów. Usunięcie inż. Goździckiego z prezesury Stowarzyszenia im. T. Kościuszki i mgr Grażyny Walendzik ze stanowiska redaktora „Tygodnika Polskiego” za to tylko, że zerwała więzy pisma z polonijną „mafią” i otworzyła jego łamy dla wszystkich Polaków (do tej pory służyło ono tylko wybranym osobom i tak jest obecnie) było przez kogoś wyreżyserowane. Świadkami tego było wiele osób, uczestników hucznych zebrań w 2003 roku.

To nie było coś czego się spodziewano i czego chciano. Red. Walendzik miała prawdziwe poparcie większości czytelników pisma! Dobrze orientujący się w sprawach polonijnych Ludwik Lipski w swoim komentarzu pt. „Rozgrywki polonijne” („Tygodnik Polski” 12.6.1999) wymienia za red. Eugeniuszem Bajkowskim trzech kandydatów na kolejnego prezesa Rady Naczelnej, m.in. dra Janusza Rygielskiego z Brisbane. I pisze o tej kandydaturze: „Osobiście wątpię co do kandydatury dr. Janusza Rygielskiego ze względów praktycznych. Brisbane jest oddalone od głównych ośrodków polonijnych, ponadto istnieją poważne grupy działaczy polonijnych, które mogą wystąpić przeciw tej kandydaturze ze względów czysto ideologicznych”.

   A jednak Rygielski został prezesem! Został prezesem już kilka kolejnych razy i jak tak dalej pójdzie będzie nam prezesował dożywotnio. Staje się niezastąpionym kandydatem, jak kiedyś był nim inż. Łańcucki, a kto wie czy także nie pożytecznym pionkiem w czyichś rękach. Na ostatnim zjeździe delegatów Rady Naczelnej w czerwcu br. był jedynym kandydatem! Tak jak jedynymi kandydatami byli i są wszelkiej maści dyktatorzy. Tymczasem znany działacz społeczny z Perth  Wojciech Gorski ostrzegał już w 1996 roku na łamach „Tygodnika Polskiego” (30.11.1996): „…Zgodnie z przewidywaniami, opartymi na zbyt długim, bo blisko 18-letnim urzędowaniu… obecnego prezesa (Rady Naczelnej, inż. Łańcuckiego), wydajność i widoczność Rady bardzo wyraźnie zmalała, świadcząc o stanie postępującego rigor mortis”. Rada Naczelna za prezesury Rygielskiego, a to już szósty rok, niczym konkretnym nie może się pochwalić! Miernota i zastój. Czy komuś właśnie na tym zależy?!

Czym dr Rygielski zasłużył sobie na stanowisko prezesa Rady Naczelnej? Dosłownie nie wiem. Z jego życiorysu widać, że ma tylko jedną „zasługę”. Mianowicie w okresie Solidarności w Polsce (1981) domagał się od władz przywrócenia staroruskich nazw miejscowości w polskich Bieszczadach. W 1977 roku władze polskie zmieniły brzydko brzmiące dla Polaków nazwy ruskie w Bieszczadach na polskie: np. Berehy Górne (dla mnie słyszy się to jak „bebechy górne”) na Brzegi Górne czy Smerek na Świerków. Może tym sobie zasłużył na jakiś order ukraiński, ale na prezesa polskiej Rady Naczelnej w Auistralii to trochę za mało.

Poza tym była jedna rzecz w życiorysie Janusza Rygielskiego, która w ogóle powinna go wykluczać raz na zawsze poza nawias zorganizowanego życia polonijnego w Australii. Przypominam słowa Ludwika Lipskiego z „Tygodnika Polskiego”:  „ponadto istnieją poważne grupy działaczy polonijnych, które mogą wystąpić przeciw tej kandydaturze ze względów czysto ideologicznych”.

Otóż Rada Naczelna Polskich Organizacji w Australii była do 1989 roku organizacją wybitnie niepodległościową – antykomunistyczną. Tymczasem, jak już powszechnie wiadomo i co nie zostało zakwestionowane przez Janusza Rygielskiego, był on członkiem komunistycznej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i… PRL-owskim dziennikarzem.

W „Tygodniku Polskim” z 29 września 1999 roku w „Rozmowie z prezesem Rady Naczelnej Polskich Organizacji w Australii – Januszem Rygielskim” czytamy m.in.: „T(ygodnik)P(olski) – „Tygodnik otrzymał list, którego autor pragnie udostępnić publikacje mające świadczyć o lewicowym nastawieniu członków obecnego Prezydium”. – J(anusz)R(ygielski) – Znam tylko jeden (podkreślenie moje – m.k.) przykład. Chodzi o mój artykuł opublikowany kilka lat temu w Biuletynie Stowarzyszenia Polaków w Queensland. Pisałem w nim o paradoksach PRL-u i podałem, że Jerzy Urban, jako dwudziestoletni członek redakcji „Po Prostu”, publikował w 1956 roku reportaże z Budapesztu, z pozycji powstańców węgierskich walczących z Armią Czerwoną… Członkiem redakcji „Po Prostu” był wówczas Jan Olszewski, ale nie pozostawił po sobie niczego ciekawego. Ten, wyjęty z kontekstu, fragment, zacytowany przez „Kurier Zachodni”, po kilku latach jest wykorzystywany jako dówód na moją orientację”.

źródło: http://www.koreywo.com/Kaluski/krytycznie_o_polonii_australijsk.htm

Reklamy

4 myśli w temacie “Krytycznie o Polonii australijskiej (2)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s