Krytycznie o Polonii australijskiej (1)


kangur

Ryzykowne, a często bardzo niebezpieczne jest pisanie o ludziach żyjących, szczególnie prezesach i tzw. działaczach społecznych. Dotyczy to nie tylko Polaków. Bowiem lubimy być chwaleni, a krytyki nie tyle boimy się co diabeł święconej wody co wręcz nie znosimy – nie tolerujemy i odrzucamy ją, chociażby była całkowicie uzasadniona i wypływała z dobrych chęci. Taki jest człowiek, a tym samym i Polacy. Starczy popatrzeć jak się zachowują politycy całego świata, którzy zawsze wysoko oceniają swoją działalność i nigdy, ale to nigdy nie przyznają się do jakichkolwiek pomyłek. Starczy także zaglądnąć do roczników np. wychodzącego w Melbourne „Tygodnika Polskiego”, aby przekonać się o słuszności tego co tu napisałem. Np. Roman Tarasin z Newcastele zaszczuty przez naszych liderów 11 grudnia 1972 popełnił samobójstwo („T.P.” 10.2.1973).

Jedynym spośród znanych Polaków w Australii, który nie miał i nie ma wrogów jest historyk Polonii australijskiej Lech Paszkowski, autor prac o Polakach w Australii i Pawle Edmundzie Strzeleckim. Nie tylko, że nie miał i nie ma on wrogów, ale jest wręcz hołubiony. I nie tyle dlatego, że jest autorem historii Polaków w Australii, ale dlatego, że jego książka „Polacy w Australii i Oceanii” kończy się na roku… 1940. Pisał więc wyłącznie o nieboszczykach, którzy, nawet jeśli by mieli do niego jakieś pretensje, to i tak nie są w stanie okazać swego gniewu.

A jednak trzeba pisać prawdę. Szczególnie jeśli chodzi o dobro ogółu, a konkretnie o dobro Polonii australijskiej, o której chcę powiedzieć – całkowicie uzasadnionych – kilka gorzkich słów.

Krytyk działaczy polonijnych sprzed 30 laty, znany działacz społeczny i dziennikarz mgr Jerzy Malcharek  z Hobart w swym artykule „Krytyczna ocena dorobku 25 lat”, zamieszczonym w ukazującym się w Melbourne „Tygodniku Polskim” z 16 lutego 1974 roku napisał: „Zdaję sobie sprawę z gromów, jakie posypią się na moją głowę, ale u schyłku mego żywota wolno mi pisać co myślę i czuję”. Mnie daleko do starości. Po prostu mam odwagę walczyć ze złem i o prawdę i wiem, że to nie ja muszę się bać naszych bonzów, ale oni mnie. Nikt nie ma bowiem dłuższego bata na nich i Radę Naczelną jak właśnie ja. I to splecionego z wypowiedzi, które zostały wydrukowane w prasie polskiej w Australii na przestrzeni  ostatnich ponad 50 lat. Try me – jak to mówi się w języki angielskim – co jest wyzwaniem do przekonania się o tym, co mówię. W mojej postawie wspiera mnie to, że Australia jest państwem prawa, a to co się działo i dzieje w wielu polskich organizacjach było lub jest sprzeczne z australijskim prawem!

Powstała w zasadzie po II wojnie światowej Polonia australijska należy do liczniejszych na świecie. Według ostatniego powszechnego spisu ludności z 2001 roku na 20 milionów mieszkańców Australii ok. 150 000 jej mieszkańców określiło się jako Polacy lub osoby polskiego pochodzenia. Były trzy fale emigracji polskiej do Australii: w latach 1947-52 przybyło tu 50 000 Polaków, w latach 1959-68 ok. 15 000 i po 1981 roku (głównie emigracja solidarnościowa) ponad 20 000 Polaków.

To prawda, że dorobek Polonii australijskiej, a szczególnie wielu indywidualnych osób jest znaczny, ale zarazem, w odniesieniu do całej Polonii, jakże mizerny w porównaniu z wpływami i osiągnięciami innych grup etnicznych. I nie mam na myśli większe od polskiej grupy etniczne (np. włoska i grecka) lub równe lub prawie równe polskiej, jak np. niemiecka, holenderska czy żydowska (z wprost niebywałymi osiągnięciami pod każdym względem i ogromnym wpływem na rząd federalny i rządy stanowe), ale dużo, dużo mniejsze, jak np. ukraińską czy litewską, które są świetnie zorganizowane i z większym wpływem w środowisku australijskim niż grupa polska.

Aby zrozumieć o co mi chodzi, sięgnę do statystyki. Otóż produkt narodowy brutto Danii w 2001 roku wyniósł 164 miliardy dolarów amerykańskich, a Polski w tymże samym roku 163 miliardy dolarów. Dania miała jednak wówczas tylko 5,3 mln ludności, a Polska 38 mln ludności. Stąd dochód na jednego mieszkańca Danii wynosił 30 600 dolarów, a w Polsce tylko 4320 dolarów. I właśnie w „dochodzie” danej grupy emigracyjnej na jednego przedstawiciela danej społeczności jesteśmy daleko w tyle chyba od wszystkich innych grup etnicznych. A że pieniądz rządzi światem lub mając pieniądze można wiele zrobić, biedna Polonia australijska jest prawdziwym kopciuszkiem, z którym się nikt nie liczył o nie liczy, szczególnie rząd federalny i rządy stanowe. Szczególnie wiele niechęci i lekceważenia okazuje nam socjalistyczny rząd stanu Wiktoria (stolica Melbourne), na co zapracowali głównie nasi liderzy swym brakiem dyplomacji.

Taka jest prawda.

A co było i jest przyczyną tego?

Do II wojny światowej Polaków w Australii prawie nie było. Natomiast w latach 1947-52 przyjechało tu ok. 50 000 (etnicznych) Polaków. Po odrobieniu 2-letniego rządowego kontraktu na terenie całej Australii, większość Polaków osiedliła się w kilkunastu największych miastach Australii, głównie jednak w Melbourne i Sydney oraz Adelajdzie, Brisbane, Perth, Newcastle, Hobart, Wollongong i Kanberze. Wśród tych Polaków było kilka tysięcy byłych żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Większość stanowili Polacy z obozów DP w Niemczech, którzy nie chcieli wracać do komunistycznej Polski. Jednak w błędzie jest ten, kto chciałby zaliczyć ich do tzw. emigracji niepodległościowej. Nic podobnego. W większości byli to młodzi ludzie, którzy postanowili budować swe życie na Zachodzie, wierząc, że lepiej ułożą je sobie tam niż w Polsce. Były to zazwyczaj osoby w wieku 16-20 lat, kiedy od 1942 roku wywoziły je Niemcy na przymusowe roboty do Niemiec. A więc osoby, które w chwili wybuchu wojny w 1939 roku miały 13-17 lat. Większość z nich pochodziła z wiosek więc ukończyli lub nie wiejskie szkoły podstawowe i jest faktem (a tę sprawę badałem jak byłem redaktorem „Tygodnika Polskiego” w Melbourne w latach 1974-77), że większość z nich była półanalfabetami. To było głównym powodem niskich nakładów pism polskich w Australii. W szczytowym okresie (lata 60.) ukazujący się w Melbourne „Tygodnik Polski”, a w Sydney tygodnik „Wiadomości Polskie” miały po 3000 nakładu. Dzisiaj jedyne polskie pismo „społeczne” „Tygodnik Polski” ma nakład zaledwie ok. 2250 egzemplarzy, ukazujący się w Sydney tygodnik „Express Wieczorny” ma zapewne nie więcej jak 1000 egzemplarzy nakładu, a miesięcznik „Przegląd Katolicki” ok. 3000 nakładu (media polskie w Australii omówię osobno).

Poza tym duży odsetek tych osób nie był jeszcze odpowiednio wychowany w duchu patriotycznym. Stąd po przyjeździe do Australii większość z nich nie włączyła się do tworzącego się polskiego życia narodowego i nie troszczyła się o to, aby ich dzieci mówiły po polsku – chodziły do polskich szkół sobotnich.

Stąd wszystkie organizacje polskie w Australii w swym szczytowym okresie działalności (lata 70.) liczyły ogółem nie więcej jak 5000 członków. Z tym, że niektóre osoby należały do kilku organizacji. Tak więc mniej niż 10% (a zapewne 6-7%) przybyłych do Australii dorosłych Polaków w latach 1947-52 należało do jakiejś polskiej organizacji, a nie więcej jak 25% chodziło na polskie msze. Dzisiaj tych członków jest dużo mniej. Bowiem stosunkowo mały odsetek Polaków z emigracji solidarnościowej włączył się w nurt polskiego życia narodowo-społecznego. Ci co się włączyli odgrywają coraz większą rolę w życiu Polonii, chociaż „stara gwardia” trzyma się władzy rękoma i nogami, a nawet i zębami. Że  niby jest niezastąpiona. Rzucało się to w oczy np. na hucznych walnych zebraniach Stowarzyszenia im. T. Kościuszki w Melbourne w 2003 roku, które jest wydawcą „Tygodnika Polskiego”. To co tam się działo było doprawdy żenujące! Z tym, że wygrała tam „stara gwardia” (dużo młodszego, energicznego i mającego plany na przyszłość inż. Andrzeja Goździckiego z nowej emigracji zastąpiła stara kobieta drepcąca w miejscu) i prezes Rady Naczelnej dr Janusz Rygielski, którego człowiek został redaktorem „Tygodnika Polskiego”, chociaż nie miał on (ona) do tego żadnych kwalifikacji zawodowych (w Polsce stalinowskiej mówiło się: „Nie matura lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera”! Dlatego, aby „Tygodnik Polski” mógł się ukazywać musiano powołać Komitet Redakcyjny). Rada Naczelna reprezentuje najwyżej 5% Polaków w Australii, a z rodzinami najwyżej 10-15%. Nie ma więc prawa – mandatu na  występowanie w imieniu wszystkich Polaków w Australii, a jedynie w imieniu tych, którzy do niej należą lub pośrednio popierają.

Przybyłym tu w latach 1947-52 młodym, zdrowym ludziom, mającym dobrze płatną pracę polskość nie była potrzebna. Nie chcieli dać coś z siebie dla polskości i sprawy polskiej. Jednak kiedy się postarzeli, siedzieli sami w domu i potrzebowali pomocy, raptownie przypomnieli sobie, że są Polakami. Powstały liczne polskie kluby seniorów. Tak liczne i duże, że dzisiaj to one zdominowały polskie życie społeczne w Australii. Kiedy 30 lat temu było w Melbourne zaledwie kilka polskich stowarzyszeń terenowych, dzisiaj jest ponad 20 dzielnicowych polskich klubów seniora. A gdyby właśnie 30 lat temu było w Melbourne 20 polskich stowarzszeń terenowych, życie polskie w Melbourne wyglądało by zupełnie inaczej. Bylibyśmy bardziej bogatsi (jako zorganizowana społeczność), liczono by się z nami i mielibyśmy lepsze wpływy nie tylko w środowisku australijskim, ale także i wśród polityków. Jeśli się nie mylę, to sprawujący urząd premiera Australii od 1996 roku John Howard nigdy nie był na żadnej polskiej uroczystości, a np. na żydowskich jest kilka razy do roku. Jak nas politycy australijscy (feredalni i stanowi) nie poważają niech potwierdzi także i to, że podczas gdy innym grupom etnicznym wysyłają życzenia noworoczne, Polacy tego „zaszczytu” nie dostępują. Również to głównie politycy australijscy (np. premier stanu Nowa Południora Walia Bob Carr) chcą zmienić nazwę najwyższego szczytu Australii – Góry Kościuszki.

Tak, kiedyś było bardzo potrzeba zaangażowania się w sprawy polskie dzisiejszych seniorów. Było bardzo potrzeba. Jakże wymowny w tej sprawie jest poniższy tekst mgr Franciszka F. Gumołki pt. „Polacy, czy wam nie wstyd?”, który ukazał się w „Tygodniku Polskim” 24 lutego 1973 roku:

„W najbliższą sobotę, 17 lutego, odbędzie się cykl uroczystości obchodu 500-lecia urodzin genialnego Polaka – Mikołaja Kopernika… Oprócz czasu – organizacja takiej uroczystości kosztuje pieniądze – i to dużo pieniędzy… Niestety, wygląda na to, że cały ten ogromny wysiłek organizacyjny może pójść na marne – z powodu niewiarygodnej wprost apatii Polaków w Melbourne. Apatia ta, odzwierciedlająca się w braku choćby moralnego poparcia, jest objawem, który wywołać musi rumieniec wstydu na twarzy każdego uczciwego Polaka. – Jest nas w Melbourne ponad piętnaście tysięcy, ale do tej pory nie ma dosyć zgłoszeń na Bal, który przecież obok przyjemności dla biorących udział, będzie podstawą finansową na spłacenie dużych kosztów związanych z organizacją uroczystości. – Tymczasem wystarczy tylko sięgnąć pamięcią niedaleko wstecz, by sobie przypomnieć wspaniałe festiwale kulturalne garstki Łotyszów czy Estończyków, których wydatki sięgające ponad $10 000 były całkowicie pokryte z zakupu biletów przez nieliczną kolonię tych narodów. – Organizatorzy uroczystości kopernikowskiej ograniczyli wydatki do minimum i wynoszą one znacznie mniej niż powyższa suma, ale, niestety, wśród kilkunastu tysięcy Polaków nie ma choćby tysiąca, którzy byliby gotowi zademonstrować swoją polskość na poparcie imprezy…, której wspaniałym elementem łączącym Polaków rozproszonych na całym świecie z Polakami w Ojczyźnie jest uroczystość obchodu 500-lecia urodzin Kopernika! – Wstyd! Wstyd i uczucie niesmaku wobec tych, którzy nie czują, że w takich chwilach nie czas na twierdzenie, że „nie chce mi się”…. albo – że „mnie to nie interesuje”. Wstyd i pogarda dla tych, którzy nie potrafią zrozumieć, że są takie chwile w życiu naszym na obczyźnie, w których obowiązkiem każdego z nas jest zademonstrowanie otoczeniu, w którym żyjemy, że jesteśmy Polakami, członkami narodu, którego wielki syn „Wstrzymał słońce, wzruszył ziemię, Polskie wydało Go plemię…”.

W 1974 roku centralny Dom Polski w Melbourne został zamknięty na kilka miesięcy, bo nikt nie chciał być jego administratorem („Dom Polski w Melbourne zamknięty” T.P. 16.2.1974).

http://www.koreywo.com/Kaluski/krytycznie_o_polonii_australijsk.htm

Krytycznie o Polonii australijskiej (2)

Reklamy

One thought on “Krytycznie o Polonii australijskiej (1)

  1. Pingback: Krytycznie o Polonii australijskiej (2) – example877254

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s